Minął już rok od powstania rządu cudotfffuuurcy Tuska. Mimo ciągle pojawiających się pogłosek o planowanych zmianach jak do tej pory nie doszło do żadnej rekonstrukcji gabinetu. Prawdziwą okazją do tego ma być zbliżająca się kampania do Europarlamentu. Stworzy ona dobrą okazję Premierowi do dokonania paru zmian bez większego absorbowania nimi opinii publicznej. Rząd ma wzmocnić merytorycznie kilka osób, które swoją wiedzą, doświadczeniem i autorytetem w określonych dziedzinach mają stanowić o nowej jakości sprawowania władzy przez Platformę Obywatelską.Do Parlamentu Europejskiego chcą powrócić byli eurodeputowani, którzy złożyli mandaty aby objąć stanowiska rządowe. Są nimi Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego prof. Barbara Kudrycka i Bogdan Klich obecny szef Ministerstwa Obrony Narodowej. Premier już przygotował ich następców. Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego ma pokierować prof. Stefan Niesiołowski, entomolog z Uniwersytetu Łódzkiego, obecny poseł i wicemarszałek sejmu. Głównym celem jaki ma przed nim zostać postawiony będzie reforma języka polskiego i dostosowanie go do obecnych standardów debaty publicznej preferowanych przez PO. Na stanowisku Wicemarszałka Sejmu ma Stefana Niesiołowskiego zastąpić poseł Janusz Palikot, w celu zapewnienie Izbie ciągłości prac na tym samym wysokim poziomie.Ministerstwem Obrony Narodowej może pokierować pułkownik Jan Lesiak. Ten doświadczony funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, a w latach 1992– 1995 szef zespołu specjalnego UOP zajmującego się inwigilacją partii politycznych ma się zająć dokończeniem weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych i wdrożeniem w życie projektu uzawodowienia armii. Na stanowisko to miał go ponoć rekomendować osobiście cieszący się ogromnym autorytetem w PO były prezydent Lech Wałęsa. Kandydaturę tę wsparł także obecny Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, warunkując jednak swoje poparcie tym, że wiceministrem w tym resorcie odpowiadającym za służby specjalne zostanie płk Leszek Tobiasz.O karierze w Parlamencie Europejskim marzy też Ewa Kopacz, obecna Minister Zdrowia. Rywalizacja o opróżniany przez nią fotel była podobno bardzo mordercza nawet jak na warunki Platformy Obywatelskiej. Frakcja Grzegorza Schetyny stawiała na była posłankę PO Beatę Sawicką, zaś coraz bardziej mniejszościowa grupa Donalda Tuska skłaniała się ku sięgnięciu po bezpartyjnego fachowca w osobie doktora Mirosława G. Ostatecznie nominację ma otrzymać Sawicka, która ma zając się przeprowadzeniem procesu komercjalizacji szpitali, zaś doktor Mirosław G. może liczyć na opuszczane przez Julię Piterę stanowisko pełnomocnika rządu do spraw zwalczania korupcji.Przy okazji tych kilku spektakularnych zmian w obsadzie najważniejszych resortów przygotowywanych jest także parę mniej znaczących, ale ciekawych nominacji. Od już dłuższego czasu po odejściu pani Agnieszki Liszki rząd nie ma rzecznika prasowego. Ma to ulec zmianie i polityką informacyjną rządu mógłby wówczas pokierować Adam Michnik, obecny redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. To zresztą nie koniec zmian jakie mogą nastąpić w zakresie polityki informacyjnej rządu. Projektowane jest zlikwidowanie ukazującego się obecnie Dziennika Urzędowego Rzeczpospolitej Polskiej „Monitor Polski” i zastąpienie go właśnie przez „Gazetę Wyborczą”, która ma zostać podniesiona do rangi oficjalnego publikatora rządowego. Ustalono już nawet datę wejścia w życie tych zmian. Ma się to stać 8 maja 2009 r. w organizowaną z wielkim rozmachem 20 - stą rocznicę ukazania się pierwszego numery „Gazety Wyborczej”.Pozytywny wkład środowiska „Gazety Wyborczej” w budowę podstaw społeczeństwa obywatelskiego ma zostać zresztą doceniony także większym wykorzystaniem doświadczonych pracowników lub byłych pracowników tej redakcji w administracji publicznej. Z najważniejszych zmian jakie mogą się stać naszym udziałem już wkrótce ma być powołanie Leszka Maleszki na kierownika Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Głównym zadaniem jakiem ma się zająć jest przygotowanie projektu ustawy, która będzie przyznawała prawo byłbym funkcjonariuszom Służby Bezpieczeństwa do odszkodowań za straty moralne jakie ich spotkały w związku z bezprawnym wykorzystywaniem ich wizerunków przez Instytut Pamięci Narodowej w zorganizowanych ok. 100 wystawach z cyklu „Twarze Bezpieki”. Urząd ma także przygotować uruchomienie specjalnej „błękitnej linii” telefonicznej dla byłych Tajnych Współpracowników SB, którzy czują się zaszczuci nagonką związaną z ich pracą w na rzecz organów bezpieczeństwa publicznego. Przewidywane jest także stworzenie specjalnego odznaczenia państwowego przyznawanego przez Premiera na wniosek kierownika Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Będzie on przyznawany osobom zasłużonym w walce z niebezpiecznym nurtem radykalnym w obrębie „Solidarności” i ruchu niepodległościowego. Planowane są także organizowane przez Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych wystawy pod wspólnym tytułem „Karły moralne”. Mają ją otwierać plansze z postaciami Anny Walentynowicz oraz Joanny i Andrzeja Gwiazdów.Mimo pojawiających się głosów krytyki na swoim stanowisku pozostanie Katarzyna Hall. Aby jednak zachować funkcję w Ministerstwie Edukacji Narodowej zgodziła się na wprowadzenie w od 1 września przyszłego roku nowego podręcznika do historii najnowszej obowiązującego we wszystkich poziomach szkół. Ma on zostać osobiście napisany przez Lecha Wałęsę. Przy ostatecznej redakcji tekstu wspierać byłego Prezydenta mają Stefan Niesiołowski i Janusz Palikot. Staraniem Ministra Spraw Zagranicznych Radka Sikorskiego rozdziały poświęcone historii powszechnej zostaną przygotowana przez międzynarodową komisję porozumiewawczą przy Fundacji Batorego, w skład, której mogliby wejść: Erica Steinbach, Władimir Putin i Daniel Cohn - Bendit. W połowie przyszłego roku planowane jest także zakończenie prac sejmowej komisji do spraw tzw. nacisków. W ramach mającego powstać raportu komisji projektowane jest zrehabilitowanie byłego Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji Janusza Kaczmarka. Jeśli plany te zakończą się sukcesem to były minister może liczyć na stanowisko pełnomocnika rządu do spraw informacji niejawnych. W ten sposób Janusz Kaczmarek może się stać drugim obok Radka Sikorskiego byłbym ministrem z czasów rządów PiS, który odrzucony przez swoje środowisko polityczne został doceniony z racji swojego doświadczenie przez Platformę Obywatelską. Na razie nic nie wiadomo czy wykorzystany zostać może także były Minister Sportu Tomasz Lipiec, który podobno bardzo na to liczy w związku z zamiarem złożenie wszelkich potrzebnych zeznań mających na celu obciążenie Zbigniewa Ziobry.Jak zawsze w przypadku pogłosek krążącymi o planowanych zmianach w rządzie pewnie i z tych plotek nie wszystkie okażą się prawdziwe. Może niektóre nominacje zostaną wstrzymane bo wcześniejsze ich ujawnienie spowoduje spalenie kandydatów. Zresztą nie w ludziach rzecz lecz w programie i w realizowanej linii politycznej. Ta zaś nie ulega i nie ulegnie zmianie bez względu na to czy resortem zdrowie kieruje Ewa Kopacz czy Beata Sawicka, a Ministerstwem Obrony Narodowej Bogdan Klich czy Jan Lesiak.
Jarosław Kaczyński podczas specjalnej konwencji Prawa i Sprawiedliwości podsumowującej pierwsze sto dni rządu Tuska nie szczędził słów krytyki pod adresem Platformy. - Trzeba ten spektakl zakończyć. A kiedy PO przestanie rządzić trzeba wrócić do budowania IV Rzeczpospolitej. - Miała być druga Irlandia, a jest czeski film - wtórował prezesowi PiS Tomasz Dudziński. Nie zamierzamy uderzać w PO, ale mamy prawo do własnej oceny, którą można określić słowami - król jest nagi - mówił w przeddzień konwencji dziennikarzom szef klubu PiS Przemysław Gosiewski. Jak ocenił, "wielką siłą rządu, jest bardzo poważny PR, a efekty tego są niewielkie".Tuż przed rozpoczęciem konwencji z głośników rozbrzmiała słynna w ostatnich tygodniach piosenka Ivana Mladka i jego zespół Banjo Band w wersji przygotowanej przez Kabaret Pod Wyrwigroszem pt. "Donald marzy". Uczestnikom konwencji rozdano raport podsumowujący 100 dni rządu zatytułowany "Puste obietnice, czyli 100 dni rządu Donalda Tuska". Jest to raport przygotowany przez biuro organizacyjne partii, jednak w PiS powstały dwa raporty na ten temat. Ostatecznie "światło dzienne ujrzał raport partyjny". "100 dni rządu Donalda Tuska to pic, blaga i fotomontaż" - PiS zajmuje się głównie PiS-em, a nie rządzeniem - powiedział Tomasz Dudziński. - 100 dni rządu Donalda Tuska to pic, blaga i fotomontaż - uważa poseł PiS Stanisław Pięta. Pięta w swoim wystąpieniu charakteryzował poszczególnych ministrów w rządzie Tuska. - Minister Zbigniew Ćwiąkalski "ten sam, który pomagał (Henrykowi) Stokłosie, teraz awansuje nieudolnych prokuratorów - mówił Pięta. - Szef dyplomacji Radosław Sikorski, w którego ocenie - według Pięty - PiS to "niedorżnięta wataha", ma "sukcesy" m.in. w postaci przywrócenia festiwalu piosenki rosyjskiej w Zielonej Górze. - "Gwiazda rządu" Tuska - według Pięty - to Julia Pitera odpowiedzialna za walkę z korupcją. "Minister Pitera jest naszym człowiekiem w PO" - ironizował Pięta, krytykując jej poczynania. Poseł mówił też o "szlachetnej działalności PSL". Jak mówił, "za wagon słoniny" PSL sprzedałby prestiż Polski. "Zamiast ustaw - pustosłowie, zamiast rzetelnej pracy - nic" - powiedział. Maks Kraczkowski ocenił z kolei działania rządu w dziedzinie gospodarki. Podsumował je jednym słowem - "porażka".Podczas konwencji zaprezentowano też film, w którym m.in. zderzono zapowiedzi Donalda Tuska ze zdjęciami strajków celników i nauczycieli. Kaczyński: I śmieszno i straszno" - Obecną sytuację w Polsce można określić rosyjskim powiedzeniem "I śmieszno, i straszno" - powiedział prezes PiS-u Jarosław Kaczyński. - Śmiejemy się, ale jesteśmy zaniepokojeni o Polskę. - Polityk odpowiada za skutki swojego działania, nie może kierować się tylko doraźnymi interesami, sondażami - powiedział Kaczyński. - Zebraliśmy się tutaj przede wszystkim dlatego, żeby dać wyraz naszemu niepokojowi o Polskę - powiedział b. premier. Jak podkreślił, w polityce obowiązuje "etyka odpowiedzialności". - Dlatego musimy się tutaj dzisiaj wspólnie zastanowić, nad nadzieją i nad tym, co się może stać jeżeli ta nadzieja upadnie, bo nasz naród, przeżył już wiele zawodów" - powiedział szef PiS. Czas skończyć ten spektakl Jarosław Kaczyński skrytykował rządy Platformy. - Trzeba ten spektakl zakończyć. A kiedy Platforma przestanie rządzić trzeba wrócić do budowania IV Rzeczpospolitej Kaczyński powiedział, że PiS jest "zbiorowym bohaterem" spektaklu propagandowego, jaki - jego zdaniem - PO serwuje Polakom od wyborów.Szef PiS powiedział, że PO "nie rozumie i nie chce tolerować funkcjonowania jednego z podstawowych mechanizmów demokracji", którym jest opozycja parlamentarna.Według niego, Platforma chce zepchnąć PiS, które jest jedyną "realną opozycją", do poziomu "opozycji koncesjonowanej". Oświadczył też, że PiS nigdy się na to nie zgodzi.Jak mówił prezes PiS, PO, mówiąc np. o "zatopionych laptopach", nieustannie przedstawia propagandowy "spektakl, film". "Ten film ma też jednego zbiorowego bohatera, którym jesteśmy my, którym jest Prawo i Sprawiedliwość" - dodał J.Kaczyński.Szef PiS powiedział także, że choć w ciągu 100 dni rząd prawie nic nie zrobił, to z samych zapowiedzi można już wyciągnąć pewne wnioski. Według niego, pierwszy to ten, że nowa ekipa jest prawie w ogóle nie przygotowana do władzy. Drugi - jak mówił - to powrót do rozumienia polityki "jako szereg transakcji mających przynieść korzyść jakiejś grupie". "To powrót do polityki transakcyjnej" - ocenił szef PiS. J.Kaczyński zaapelował też do premiera, aby - jak powiedział - "to się zmieniło". Rząd Tuska nieprzygotowany do rządzenia - Mamy przy władzy grupę, która do rządzenia nie jest przygotowana (...) Nie wystarczy się uśmiechać i nie wystarczą medialni doradcy, tu po prostu trzeba umieć pracować"- oświadczył b. premier. W jego ocenie ekipa Tuska, okazała się "bezradna".Wspomniał, że Senat niedawno odwołał swoje posiedzenie. Według niego, to, zdarzenie nie świadczy ani o pracy senatorów, ani posłów. - To świadczy o rządzie (...) ta grupa okazała się wobec tych materii po prostu bezradna - podkreślił. Szef PiS zaznaczył też, że rząd nie ma planu naprawy służby zdrowia - dziedziny, która jest jedną z najważniejszych dla społeczeństwa.Wytknął też Platformie, że obiecywała podwyżki w sferze budżetowej, a teraz mówi, "że pieniędzy nie da".W ocenie J.Kaczyńskiego, PO nie wprowadza reformy finansów publicznych, choć m.in. to było przyczyną sukcesu Irlandii, do której PO odwoływała się przed wyborami.Mówi się, że jest niezmiernie potrzebna (reforma finansów publicznych), a okazuje się, że żadnego projektu nie ma" - powiedział prezes PiS. Podkreślił, że PO ma trudności w deregulacji prowadzącej do "uchylania absurdalnych przepisów", ponieważ powstały dwa ośrodki, które miałyby to realizować. Jak dodał, chodzi o ośrodek rządowy i skupiony wokół posła PO Janusza Palikota, "kontrowersyjnego" - w ocenie J.Kaczyńskiego - polityka Platformy.Prezes PiS jest zdania, że zostały odrzucone wszystkie zasady "racjonalizacji prywatyzacji", a minister skarbu Aleksander Grad to postać "bardzo specyficzna". Według J.Kaczyńskiego, prywatyzacja odbywa się obecnie według zasady "po prostu prywatyzujmy", nawet odrzucając - dodał - "zasady odnoszące się do bezpieczeństwa państwa".
Nie tak dawno wilk, który chciał się dostać do chatki babci Czerwonego Kapturka, był gotów wszystko - tak zaczyna się najnowszy spot Prawa i Sprawiedliwości podsumowujący pierwsze 100 dni rządu Donalda Tuska i pokazujący go jako podstępnego i cynicznego wilka, którego może pokonać jedynie Jarosław Kaczyński. Premiera spotu utrzymanego w bajkowej konwencji - jak informuje "Dziennik" - zaplanowana jest na dziś po "Wieczorynce" w TVP1. Stefan Niesiołowski komentując spot, powiedział, że Kaczyński to raczej gajowy Marucha, a nie dzielny gajowy z Czerwonego Kapturka.
Po animowanej sekwencji z wilkiem dobijającym się do chatki pojawiają się fragmenty przemówień Donalda Tuska z kampanii wyborczej, gdzie obiecuje on "radykalne podwyżki płac w sferze budżetowej. I znów widzimy bajkową chatkę babci Czerwonego Kapturka, gdzie łóżku wyleguje się wilk oblizujący się po połknięciu naiwnej staruszki.
Głos narratora wyjaśnia, że "kiedy babcia uwierzyła w te obietnice, wilk pokazał prawdziwe oblicze". I znów na ekran wraca Donald Tusk. Tym razem widzimy fragmenty jego konferencji prasowych już jako premiera rządu odpierającego postulaty, ironizującego, że nie znajdzie w budżecie pieniędzy czarodziejskim sposobem, rozkładającego bezradnie ręce i mówiącego: "Jak coś jest niemożliwe, to jest niemożliwe".
Gajowy Kaczyński może nas uratować
Spot PiS podobnie jak bajka o Czerwonym Kapturku kończy się happy endem. W bajce pojawiał się myśliwy, który zabijał wilka, a z jego brzucha wyciągał dziewczynkę i babcię. W spocie w roli bohaterskiego wybawcy występuje Jarosław Kaczyński, który wyjaśnia: "Rządzenie to nie bajka, rządzenie do odpowiedzialność". Ten rząd jest od bajek, a Polacy przecież zasługują na więcej - tymi słowami wypowiadanymi przez prezesa PiS kończy się spot o złym wilku Tusku, biednej pożartej babci i myśliwym Kaczyńskim, który w odpowiednim momencie może wkroczyć i wszystkich uratować.
Tuskowi ciągle widać wilcze zęby
Spot nawiązuje do słynnych słów Jarosława Kaczyńskiego w sierpniu 2007 r. To wówczas na konwencji PiS w gdańskiej Hali Olivii prezes Prawa i Sprawiedliwości powiedział o Donaldzie Tusku, że zza nieudolnie wciąganej maski owcy wystają mu wilcze zęby.
PO: Ten spot to żałosna operetka braci Kaczyńskich
Według PO, spot "to kolejna żałosna próba, operetka w wydaniu braci Kaczyńskich". Wicemarszałek Stefan Niesiołowski (PO) stwierdził, że do polityków PiS "nie dotarło, że wybory już się skończyły". "PiS przypomina Japończyków na Filipinach, którzy jak wiadomo 20 lat po zakończeniu wojny jeszcze walczyli i napadali na kury w krzakach" - ironizował.
Jego zdaniem, Kaczyński, to nie dzielny gajowy, który broni Czerwonego Kapturka, tylko "gajowy Marucha, buszujący w poszyciu leśnym". "J.Kaczyński powinien sobie wziąć dłuższy urlop wypoczynkowy, bo najwyraźniej goni w piętkę" - ocenił polityk Platformy.
Także w ocenie szefa klubu PO Zbigniewa Chlebowskiego, "premier J. Kaczyński wciąż nie może się pogodzić z porażką (wyborczą)" i "z wysoką popularnością" rządu Donalda Tuska. Według Chlebowskiego, J.Kaczyński po pierwszych stu dniach swoich rządów "nawet nie marzył" o takim poparciu, jakim w tej chwili cieszy się rząd PO.
Chlebowski, jak mówił, zachęca, by te stacje, które będą emitować spot, po tej "bajeczce puściły (...) kultowy film +O dwóch takich co ukradli księżyc+".
Z kolei według wiceszefa klubu PO Waldy Dzikowskiego, spot PiS to bajka kierowana do przedszkolaków. "Ale jeśli PiS liczy na to, że będzie to ich elektorat, to muszą poczekać 12 lat, aż dzieci osiągną wiek, w którym będą mogły głosować" - ironizował.
PiS: Będą kolejne spoty, jesteśmy niewyczerpalną kopalnią
Rzecznik klubu PiS odpowiada jednak, że film skierowany jest do osób dorosłych, a jego emisja po Wieczorynce to "typowo PR-owski zabieg, który ma zwrócić uwagę i jak widać zwrócił". Kamiński dodał, że PiS, "poprzez atrakcyjną formę zwraca uwagę na poważny problem".
W odróżnieniu do PO, PiS nie widzi podobieństw między J.Kaczyńskim a gajowym. "W życiu bym się nie odważył porównać Jarosława Kaczyńskiego do gajowego" - deklaruje Kamiński.
Z wypowiedzi rzecznika wynika, że pojawią się kolejne spoty PiS. "Jesteśmy niewyczerpalną kopalnią jeśli, chodzi o pomysły na spoty, mamy jeszcze kilka w zanadrzu"
Posłowie PiS Hofman (z lewej) i Kamiński demaskują "Matrix propagandowy Platformy". "Matrix" - film braci Wachowskich z 1999 r. znany chyba każdemu 30-latkowi - opowiada o świecie przyszłości, którym zawładnęły złe maszyny. Ludzie są niewolnikami,a żeby się nie buntowali,są utrzymywani w złudzeniu, że żyją w świecie pięknym i przyjaznym. Do walki z maszynami staje Neo i jego przyjaciele, którzy poznali prawdę (posłowie PiS obsadzili w tych rolach ekipę Tuska - na ekranie). Głównym wrogiem Neo jest Agent Smith w garniturze,wredny program komputerowy mnożący się w coraz to nowych kopiach
Nowy spot PiS: Donald Tusk to zły wilk(21-02-08, 06:39) Młodzi, zdolni, gdyby nie byli politykami, zawojowaliby estrady kurortów. Jak Flip i Flap, Żwirek i Muchomorek czy - z bliższych ideowo par - Bielan i Kamiński (Michał). Specjalnie dla dziennikarzy wystąpili wczoraj w Sejmie Hofman (Adam) i Kamiński (Mariusz). Posłowie PiS z okazji stu dni rządu Tuska ogłosili, że Platforma funduje Polakom „polityczny Matrix ]”.Posiłkując się kolorowymi planszami, przekonywali, że politycy partii Tuska podrzucają dziennikarzom tematy zastępcze, żeby zasłonić nieudolność rządu. Od kryzysu służby zdrowia PO odwraca uwagę, wyciągając temat zagłuszania pielęgniarek. Umorzenie 700 tys. zł długu PC przez PiS-owskiego ministra skarbu ma przykryć decyzję nowego rządu o cofnięciu kary 461 mln zł nałożonej na firmę J&S. Wrzutka o niszczeniu laptopów w resorcie Ziobry ma wyciszyć zaniedbania w wymiarze sprawiedliwości. Atak Macierewicza zasłania fatalne nominacje w specsłużbach itd. Posłowie przećwiczyli konferansjerkę i gagi. Hofman: - W tym czasie [kara dla J&S] pojawiła się informacja, że zniszczono kartę SIM w ministerstwie. Mariusz, ile kosztuje jedna karta SIM? Kamiński: - Moja żona zmieniała ostatnio, chyba złotówkę. Hofman: - Za 461 milionów zł można kupić 461 milionów kart SIM! Starczy dla wszystkich dorosłych mieszkańców Europy! Niezłe były rymy. Hofman: - Czy Dochnal jest w areszcie? Kamiński: - Widziałem go gdzieś na mieście. Ale mimo dobrych chęci, posłowie PiS zaliczyli wtopę. Tuska przedstawili jako Neo - a przecież to Wybraniec, który ratuje ludzkość. Z Pitery zrobili dzielną i ofiarną Trinity, a z Ćwiąkalskiego - szlachetnego i mądrego Morfeusza. Ups...Czyżby Hofman z Kamińskim nie skumali „Matriksa ]”? Czarne charaktery w tym filmie to przecież Agent Smith i klony podobne do niego jak bracia bliźniacy. Hmm... Jak bracia bliźniacy?
Ulgi podatkowe dla pracodawców zatrudniających osoby powyżej 50. roku życia, stworzenie dodatkowego systemu opieki zdrowotnej dla takich pracowników oraz bezpłatne szkolenia - to najważniejsze założenia rządowego projektu "Solidarność pokoleń 50+", do którego dotarł dziennik "Polska". Jak bardzo pomoc Polakom 50-letnim jest potrzebna, świadczy fakt, że w tej grupie wiekowej tylko 28,1 proc. osób pracuje zawodowo. Dlaczego? "Jestem nauczycielką muzyki. Przestałam pracować, bo wychowywałam dzieci. A potem już nie mogłam znaleźć pracy. Żeby jakoś dociągnąć do emerytury, zakładałam własną działalność gospodarczą, np. robiłam na drutach swetry" - opowiada Magdalena Szajder z Głowna pod Łodzią. Ona potrafiła wziąć sprawy w swoje ręce, ale zdecydowana większość Polaków po 50. roku życia ląduje na zasiłku dla bezrobotnych albo idzie na rentę."Chcemy, żeby już w 2013 r. w Polsce pracowało co najmniej 40 proc. osób między 55. a 64. rokiem życia. Budżet państwa na niewypłacaniu wcześniejszych emerytur zaoszczędzi ponad 20 mld zł" - mówi gazecie Michał Boni, doradca premiera ds. polityki społecznej. Dziś koszty takich świadczeń obciążają każdego z nas. Policzono, że każda osoba ubezpieczona płaci miesięcznie około 100 zł ze swojej składki, aby finansować wcześniejsze emerytury - zauważa "Polska".Rządowy program przewiduje, że pracodawcy, którzy zdecydują się zatrudnić starszą osobę, będą zwolnieni ze składek na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. W przypadku choroby pracownika będą płacili mu pensję tylko za 14 dni chorobowego w roku - za pozostałe dni zapłaci ZUS. Państwo będzie finansowało kursy podnoszące kwalifikacje pracowników powyżej 50. roku życia, które będzie organizował pracodawca.To nie wszystko. Planuje się skrócenie okresu ochronnego przed emeryturą do 2 lat (obecnie 4 lata). W zamian za to pracodawcy mieliby się zgodzić, by pracownicy w starszym wieku mieli prawo do dodatkowej opieki zdrowotnej finansowanej przez pracodawcę. Do 2013 r. wdrożenie programu będzie kosztować około 8,5 mld zł, ale aż 6,7 mld zł ma pochodzić z UE.Warto dodać, że wczoraj podobny program aktywizacji ludzi po 50. przedstawił PiS - odnotowuje dziennik "Polska".
Prezes PiS Jarosław Kaczyński powiedział, że w bajce o Czerwonym Kapturku chętnie będzie gajowym. Komentując najnowszy spot PiS dodał, że "do ludzi z poczuciem humoru" można przemawiać różnymi metodami. Spot PiS utrzymany jest w konwencji bajki o Czerwonym Kapturku; scenki animowane przeplatają się z wypowiedziami Donalda Tuska sprzed i po wyborach. W spocie występuje też Jarosław Kaczyński."Nie tak dawno temu pewien podstępny Wilk, aby dostać się do chatki babci Czerwonego Kapturka, był gotów obiecać wszystko" - tak zaczyna się nowy spot PiS z Donaldem Tuskiem w roli głównej, który w czwartek wieczorem pojawi się w TVP1.Stefan Niesiołowski (PO) komentując spot ocenił, że Kaczyński, to nie dzielny gajowy, który broni Czerwonego Kapturka, tylko "gajowy Marucha, buszujący w poszyciu leśnym". "J.Kaczyński powinien sobie wziąć dłuższy urlop wypoczynkowy, bo najwyraźniej goni w piętkę" - ocenił polityk Platformy."O ile wiem spot jest zabawny. Kiedyś po powrocie z wizyty w Łodzi, był to późny wieczór, zaproszono mnie do pewnego klubu w Warszawie, żebym tam przez chwilę uczestniczył w jakimś nagraniu, ale jak to wygląda w całości, to nawet nie wiem" - powiedział J.Kaczyński na konferencji prasowej w Świdnicy. Dopytywany o porównanie go do bajkowego gajowego, odparł: "Ja jako gajowy? To pewnie nawiązuje do bajki o Czerwonym Kapturku i w kontekście tej bajki bardzo chętnie będę gajowym"."Sądzę, że do ludzi mających poczucie humoru można przemawiać różnymi metodami. To jest powszechnie stosowane, nie ma naprawdę w tym nic złego" - zaznaczył b.premier, pytany, czemu PiS przemawia do obywateli przy pomocy kreskówki. "Zawsze doznaję uczucia pewnego zdziwienia, kiedy my jesteśmy o tego rodzaju sprawy pytani nieustannie, a nasi polityczni konkurenci robią setki różnych takich rzeczy, często rzeczywiście wyjątkowo szpetnych, i nikt o to jakoś nie pyta" - odpowiedział szef PiS. "Skończmy może z tym, bo przynajmniej trzeba zachowywać pewne pozory, jeśli chodzi o obiektywizm. A te pozory bardzo często nie są zachowywane. My oczywiście wiemy, kto z kim jest powiązany, ale pozory też są ważne" - powiedział J.Kaczyński. Spot o złym wilku, jak deklarował w czwartek rzecznik klubu PiS Mariusz Kamiński, podsumowuje 100 dni rządu Donalda Tuska. Filmik opisał czwartkowy "Dziennik". Kamiński przekonywał, że spot ma pokazać "niekonsekwencje" rządów PO i premiera. Po bajkowym wstępie w spocie miejsce animowanych postaci zajmuje Donald Tusk. Najpierw w kadrach z kampanii parlamentarnej, gdy obiecuje "radykalną podwyżkę płac w budżetówce" i podkreśla, że "mówi o tym odpowiedzialnie". Wraca bajkowa sceneria. Lektor czyta: "Kiedy babcia uwierzyła w te obietnice, Wilk pokazał swe prawdziwe oblicze". I ponownie widać Tuska, tym razem jako premiera, podczas Białego Szczytu służby zdrowia. "Jak jakimś czarodziejskim sposobem znajdę pieniądze w budżecie państwa, wydaje mi się mało realne" - mówi szef rządu, obok którego siedzi minister zdrowia Ewa Kopacz. Kolejny kadr: "Jak coś jest niemożliwe, to jest niemożliwe" - mówi premier. "Na szczęście jest ktoś, kto może uratować i babcię i wnuczkę" - na tle tych słów wypowiadanych przez lektora na ekranie pojawia się Jarosław Kaczyński. "Rządzenie to nie bajka, rządzenie to odpowiedzialność, ten rząd jest od bajek, a Polacy przecież zasługują na więcej"
PiS przygotowało medialną niespodziankę na sto dni rządu Donalda Tuska. "Dziennik" dotarł do spotu reklamowego, którego premiera telewizyjna jest zaplanowana na czwartek po "Wieczorynce" w TVP1. Nieprzypadkowo, bo materiał utrzymany jest właśnie w konwencji bajki o Czerwonym Kapturku. Spoty telewizyjne PiS robią furorę od jesieni 2005 r. Wtedy rządził pluszak, czyli maskotka kota Sylwestra otwierająca lodówkę. W ubiegłorocznej kampanii wyborczej na topie byli oligarchowie zajadający sushi i palący cygara. Ale przegrana PiS zaowocowała powrotem do bajkowych trendów. Tylko cel, w który wymierzone są spoty, pozostaje niezmienny: szef Platformy, a dzisiaj także premier Donald Tusk.Najnowsza produkcja nawiązuje do słów Jarosława Kaczyńskiego z kampanii, który mówił o Tusku: "spod maski owcy widać wilcze zęby". Ale w spocie Wilk przebiera się nie za owcę, a za Czerwonego Kapturka. Bo to właśnie ta słynna bajka, zdaniem PiS, najlepiej opisuje sto dni rządu PO - PSL. "Nie tak dawno temu pewien podstępny Wilk, aby dostać się do chatki babci Czerwonego Kapturka, był gotów obiecać wszystko" - tak zaczyna się spot, który przez kilka dni będzie pojawiał się w telewizji.Po tych słowach miejsce animowanych postaci zajmuje Donald Tusk. Najpierw w kadrach z kampanii, gdy obiecuje "zapewnienie wyższych wynagrodzeń w tak zwanej budżetówce" i podkreśla, że "mówi o tym odpowiedzialnie". Znów wraca bajkowa sceneria. Lektor czyta: "Kiedy babcia uwierzyła w te obietnice, Wilk pokazał swe prawdziwe oblicze". I ponownie widać Tuska, tym razem jednak już jako premiera.W finale spotu pojawia się - niczym gajowy w bajce o Czerwonym Kapturku Jarosław Kaczyński. Stoi w grupie ludzi o różnym wieku na tle regału z książkami. Lektor mówi, że "na szczęście jest ktoś, kto może uratować i babcię, i wnuczkę". Były premier kończy słowami, że rządzenie "to nie bajka", a odpowiedzialność. "Ten rząd jest od bajek, a Polacy przecież zasługują na więcej".Bravo Pis!!!!! i tak trzymac panowie tylko w ten sposb nalezy pokazywac te klamstwa platformy ktora nie wiem jakim cudem dostala tyle poparcia przeciez to lamstwa i nie umieja rzadzic wszsytko sie im ropzada ale jak widac narod oszalal nie rozumeiem to pan kaczynski jak dla mnie byl i bedzie odpowiednia osoba jako premier a ziobro koniecznie ministrem sprawiedliwosci jak dla mnie ziobro to egzekwo z wielkim mistrzem jakim byl kaczynski jak byl ministrem sprawiedliwosci
B. ROSYJSKI AGENT O WSPÓŁPRACY Z POLSKIM DYPLOMATĄ
Siergiej Tretiakow, były agent rosyjskiego wywiadu zagranicznego (SWR), który przeszedł na stronę USA, powiedział, że nie wie czy wywiad ten współpracował z polskim Urzędem Ochrony Państwa pod koniec lat 90., co sugerował amerykański autor książki opartej na jego wspomnieniach. W rozmowie z PAP Tretiakow, który pracował w wywiadzie pod przykrywką dyplomaty w rosyjskiej misji przy ONZ w Nowym Jorku, oświadczył, że jest tylko pewny, że dochodziło w tym okresie do "oficjalnych, a niekoniecznie roboczych", kontaktów między SWR a UOP.W wydanej niedawno w USA książce "Comrade J", Pete Earley pisze powołując się na Tretiakowa, że "SWR zgodził się otworzyć +kanał partnerski+ w Warszawie z polskim wywiadem przez ujawnienie polskiemu rządowi nazwiska wyższego oficera SWR w zamian za to, że Polacy ujawnią tożsamość jednego ze swoich oficerów".Po opublikowaniu w "Gazecie Wyborczej" wiadomości o rewelacjach z książki Earleya - według której jednym z licznych zagranicznych współpracowników Tretiakowa w Nowym Jorku był polski dyplomata ukryty pod pseudonimem "Profesor" - byli szefowie polskich służb specjalnych zakwestionowali informacje z książki.Według cytowanych przez "GW" generałów Gromosława Czempińskiego i Henryka Jasika, którzy w latach 90. kierowali polskim wywiadem, oraz innych jego przedstawicieli nie wymienionych z nazwisk, kontakty między polskimi a rosyjskimi służbami zostały zamrożone po 1995 roku, kiedy ówczesnego premiera Józefa Oleksego oskarżono o współpracę z wywiadem Rosji."Czy była współpraca między naszym i polskim wywiadem w tym okresie, tego nie wiem. Natomiast wiem, że szef rosyjskiego wywiadu, generał Wiaczesław Trubnikow, przyjechał wtedy do Polski z racji swej oficjalnej funkcji - było to gdzieś między rokiem 1997 a 2000 - i spotkał się tam z przedstawicielami polskiego wywiadu, m.in. z +Profesorem+" - powiedział Tretiakow."Profesor" - jak go opisuje były agent SWR - był radcą w misji polskiej przy ONZ, a po powrocie do kraju został zastępcą szefa informacji w UOP."Poznałem go w naszej rezydencji. Był bardzo miłym człowiekiem, bardzo poważnym i bardzo profesjonalnym. Sympatyzował z nami prawdopodobnie dlatego, że był wychowany w PRL. Dostarczał informacji o USA i krajach europejskich, z niechęci do amerykańskiej polityki zagranicznej. Był to okres konfliktu o Kosowo i zdobywanie informacji na ten temat w ONZ było naszym głównym zadaniem. O ile pamiętam, +Profesor+ nie pobierał wynagrodzenia w pieniądzach, w grę wchodziły tylko prezenty i lunche" - powiedział Tretiakow."+Profesor+ był tym, kogo nazywamy +zaufanym kontaktem+. Był dla nas użyteczny, ale nie był to najważniejszy, ani najbardziej interesujący przypadek" - dodał.Tretiakow pod koniec 2000 roku oddał się pod opiekę FBI. Jak się okazało, wcześniej już pracował także dla wywiadu amerykańskiego. Według Earleya, był jednym z najlepszych agentów rosyjskich i jego zwerbowanie jest jednym z największych sukcesów amerykańskich służb specjalnych. Dlaczego przeszedł na stronę przeciwnika?"Byłem zdegustowany władzami Rosji. Uznałem, że dalsza praca dla rosyjskiego rządu byłaby niemoralna. To są ludzie niemoralni" - powiedział Tretiakow. Podkreślił, że jego decyzja nie wiązała się z dojściem do władzy prezydenta Władimira Putina i jego autorytarną polityką. "Oni wszyscy byli tacy sami: (Michaił) Gorbaczow, (Borys) Jelcyn i Putin. Za Gorbaczowa i Jelcyna też nie było prawdziwej demokracji"
Wczoraj PiS wystartowało ze swoim bajkowym spotem, dzisiaj ma zarzucić Platformie tworzenie "medialnego Matriksa". Partia Jarosława Kaczyńskiego przedstawi dziś raport, który ma zdemaskować bezradność rządu Donalda Tuska w pierwszych stu dniach rządzenia. Autorzy dokumentu twierdzą, że PO zamiast rządzić, zasypuje media tematami zastępczymi Zarzut o tworzenie politycznego "medialnego Matriksa" nieprzypadkowo pojawi się właśnie dziś. Jeden z polityków PiS: Mamy informacje z kręgów PO, że w sobotę bardzo mocno zostanie zaatakowany Jarosław Kaczyński. Dlaczego? Bo właśnie na sobotę zaplanowaliśmy naszą konwencję i PO chce ją przykryć - twierdzą rozmówcy gazety. Sobotnia konwencja ma być medialną PiS-owską kulminacją obchodów stu dni. Platforma zamierza skupić na sobie uwagę mediów w niedzielę. O godzinie 14 premier Tusk spotka się z mediami na konferencji prasowej. W otoczeniu swoich ministrów i sporej grupy posłów koalicji ma przedstawić sukcesy Rady Ministrów w pierwszych 100 dniach. Ale także plany rządu i koalicji PO-PSL na najbliższe 300, 1000 i 3000 dni. Obietnice wyborcze rzeczywiście trzeba realizować i zamierzamy z tych obietnic wyborczych się rozliczać, również z tych, które dotyczą podwyżek w sferze budżetowej - wyjaśniał wczoraj w "Trójce" szef klubu PO Zbigniew Chlebowski. PiS ma oczywiście na ten temat zupełnie inne zdanie. Realizacji wyborczych obietnic domaga się tu i teraz. I punktuje, w jakich dziedzinach PO zawiodła zaufanie wyborców. Poza krótkim spotem, o którym wczoraj pisaliśmy, szykowany jest dłuższy film z zestawieniem wypowiedzi premiera Tuska z kampanii wyborczej. Goście sobotniej konwencji dostaną też kolorowe broszurki ze skrótowym podsumowaniem działalności rządu. Zdecydowanie mniej medialny jest obszerny, bo liczący 61 stron raport. Spora grupa posłów PiS pracowała nad nim blisko miesiąc. To głównie praca szefa klubu Przemysława Gosiewskiego, wiceszefów Krzysztofa Tchórzewskiego i Grażyny Gęsickiej oraz grupy rzeczników z komisji sejmowych. Dokument nosi tytuł "100 dni sielanki rządu Donalda Tuska". Jest podzielony nie na resorty, ale działy. Na przykład "gospodarka" obejmuje nie tylko resort Waldemara Pawlaka, ale i Ministerstwo Skarbu Państwa, który ma pod swoją pieczą - mówi "Dziennikowi" Grażyna Gęsicka. Każdy rozdział został podzielony na dwie części. Pierwsza to wykaz obietnic Donalda Tuska: tych z czasów kampanii wyborczej, ale głównie z rekordowo długiego expose. Właśnie z tego wystąpienia pochodzą obszerne cytaty premiera zamieszczone w PiS- owskim raporcie. Druga część każdego rozdziału to opis rzeczywistych, zdaniem PiS, dokonań poszczególnych ministrów. Platforma zajmuje się przeszłością i przyszłością, a nie mówi nic o tym, co robi w teraźniejszości, więc tym zajmiemy się my - powiada jeden z posłów PiS. Te sto dni dla opozycji to jest czas błogosławiony, bo to, co premier i Platforma dokonali, a raczej czego nie dokonali, to jest samograj. Mamy zamiar z tego korzystać pełnymi garściami i ci wszyscy, którym rosną ośle uszy, muszą się z tym pogodzić - wtóruje mu przewodniczący zarządu głównego PiS Joachim Brudziński. Najsurowiej PiS ocenia resort sprawiedliwości i Zbigniewa Ćwiąkalskiego, polską dyplomację w wykonaniu Radosława Sikorskiego i ministerstwo rozwoju regionalnego kierowane przez Elżbietę Bieńkowską. Mocno dostało się też wicepremierowi Waldemarowi Pawlakowi. Jego 100 dni to jedynie umorzenie kary spółce J&S - podsumował wczoraj prezes PiS Jarosław Kaczyński. Ale celem numer jeden PiS pozostaje Donald Tusk. To pod jego adresem jego poprzednik kieruje najkrótszą ocenę 100 dni: blamaż
PiS przygotowało medialną niespodziankę na sto dni rządu Donalda Tuska. "Dziennik" dotarł do spotu reklamowego, którego premiera telewizyjna jest zaplanowana na czwartek po "Wieczorynce" w TVP1. Nieprzypadkowo, bo materiał utrzymany jest właśnie w konwencji bajki o Czerwonym Kapturku. Spoty telewizyjne PiS robią furorę od jesieni 2005 r. Wtedy rządził pluszak, czyli maskotka kota Sylwestra otwierająca lodówkę. W ubiegłorocznej kampanii wyborczej na topie byli oligarchowie zajadający sushi i palący cygara. Ale przegrana PiS zaowocowała powrotem do bajkowych trendów. Tylko cel, w który wymierzone są spoty, pozostaje niezmienny: szef Platformy, a dzisiaj także premier Donald Tusk.Najnowsza produkcja nawiązuje do słów Jarosława Kaczyńskiego z kampanii, który mówił o Tusku: "spod maski owcy widać wilcze zęby". Ale w spocie Wilk przebiera się nie za owcę, a za Czerwonego Kapturka. Bo to właśnie ta słynna bajka, zdaniem PiS, najlepiej opisuje sto dni rządu PO - PSL. "Nie tak dawno temu pewien podstępny Wilk, aby dostać się do chatki babci Czerwonego Kapturka, był gotów obiecać wszystko" - tak zaczyna się spot, który przez kilka dni będzie pojawiał się w telewizji.Po tych słowach miejsce animowanych postaci zajmuje Donald Tusk. Najpierw w kadrach z kampanii, gdy obiecuje "zapewnienie wyższych wynagrodzeń w tak zwanej budżetówce" i podkreśla, że "mówi o tym odpowiedzialnie". Znów wraca bajkowa sceneria. Lektor czyta: "Kiedy babcia uwierzyła w te obietnice, Wilk pokazał swe prawdziwe oblicze". I ponownie widać Tuska, tym razem jednak już jako premiera.W finale spotu pojawia się - niczym gajowy w bajce o Czerwonym Kapturku Jarosław Kaczyński. Stoi w grupie ludzi o różnym wieku na tle regału z książkami. Lektor mówi, że "na szczęście jest ktoś, kto może uratować i babcię, i wnuczkę". Były premier kończy słowami, że rządzenie "to nie bajka", a odpowiedzialność. "Ten rząd jest od bajek, a Polacy przecież zasługują na więcej".
Czy kampania Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 roku była nielegalnie finansowana przez biznesmenów ze Śląska? Tak twierdzi były poseł SLD Ryszard Zając. Opowiedział on katowickim śledczym o słynnym spotkaniu w restauracji Czerwona Oberża w 1995 r. - ustaliła "Rzeczpospolita". Ryszard Zając potwierdził "Rz", że opowiedział o tym prokuratorom. Nie potwierdził jednak, że mówił o nielegalnym finansowaniu kampanii Kwaśniewskiego. - Zeznania sa objęte tajemnicą - mówi Zając.Jak dowiedziała się "Rz", Zając zeznał, że biznesmeni handlujący węglem zapłacili po 20 tys. zł za udział w spotkaniu z kandydatem na prezydenta w restauracji czerwona Oberża w Katowicach 27 czerwca 1995 r. Jego organizatorką była Barbara Kmiecik, zwana śląską Alexis. Miała wpłacić na kampanię 60 tys. zł.Według zeznań Zająca środki te nie zostały wykazane w sprawozdaniu finansowym z kampanii przekazanym Państwowej Komisji Wyborczej.- Pan Zając był posłem SLD i choćby dlatego go znam. Jest on jednak osobą kompletnie wiarygodną.
UCZNIOWIE POZNAJĄ HISTORIĘ KOMUNY RODEM Z PRL-U Z FILMÓW
Do 12 tys. gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych w całej Polsce Instytut Pamięci Narodowej wysyła płyty DVD z fragmentami polskich filmów fabularnych - informuje "Polska". Na przykładzie nakręconych przed 1989 r. dzieł najwybitniejszych polskich reżyserów uczniowie mają poznać realia życia w PRL. To pierwsze takie przedsięwzięcie w ośmioletniej historii IPN, choć Instytut już od jakiegoś czasu zaopatruje szkoły w pomoce naukowe. Niedawno trafiły do nich pakiety edukacyjne zawierające scenariusze lekcji historii wraz z materiałami źródłowymi. Do szkół w całej Polsce IPN wysłał również ilustrowany "Atlas podziemia niepodległościowego 1944-56".Podobnie jak poprzednie wydawnictwa, także płytę "PRL w filmie" szkoły dostają za darmo. Mogą z niej korzystać przede wszystkim nauczyciele historii, wiedzy o społeczeństwie oraz języka polskiego. - Stworzyliśmy materiał, który będzie pomocny nauczycielom przy omawianiu tematów związanych ze współczesną historią Polski i da się wykorzystać na 45-minutowej lekcji - tłumaczy Łukasz Michalski z Biura Edukacji Publicznej IPN, które przygotowało płytę "PRL w filmie". Jest to również próba zainteresowania młodych ludzi wybitnymi dziełami polskiego kina, które w przeważającej większości powstały w okresie PRL.Na płycie IPN umieścił kilkadziesiąt kilkuminutowych fragmentów 11 filmów, m.in. "Człowieka z marmuru" i "Człowieka z żelaza" Andrzeja Wajdy, "Wodzireja" Feliksa Falka, "Czerwca '56" Filipa Bajona czy "300 mil do nieba" Wojciecha Marczewskiego.Filmy zostały dobrane tak, by opowiadały o głównych wydarzeniach z 45 lat komunizmu - od naznaczonych stalinowskim terrorem początków PRL przez powstanie Solidarności i stan wojenny, po beznadzieję końca lat 80. Wśród umieszczonych na płycie fragmentów znalazła się scena z "Człowieka z żelaza", rozmowy Mateusza Birkuta z synem Maciejem Tomczykiem czy dramatyczna scena z filmu "Śmierć jak kromka chleba", gdy górnicy z kopalni "Wujek" podejmują decyzję o rozpoczęciu strajku. Do DVD dołączona została broszura zawierająca propozycje wykorzystania filmów podczas lekcji, a nawet sugerowane tematy prac domowych.Pierwsze płyty dotarły już na Podkarpacie i Lubelszczyznę, niebawem otrzymają je również szkoły z innych regionów.
ZIOBRO SŁUSZNIE CHCE WYŁĄCZENIA SĘDZIEGO ZE SWOJEJ SPRAWY
Krakowski sąd odroczył kolejną rozprawę w procesie cywilnym o ochronę dóbr osobistych, jaki b. ministrowi sprawiedliwości wytoczył kardiochirurg Mirosław G. Odroczenie spowodowane jest wnioskiem Zbigniewa Ziobry o wyłączenie sędziego. Zatrzymany rok temu przez CBA (w maju ubr. wyszedł na wolność po wpłaceniu kaucji) i podejrzany m.in. o korupcję lekarz domaga się od Ziobry przeprosin i 70 tys. zł zadośćuczynienia. Powodem są słowa ministra z konferencji prasowej tuż po zatrzymaniu G., że "już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie".Ziobro, który nie stawił się w sądzie, złożył dwa pisma. W jednym wnosi o powtórzenie postępowania dowodowego i wnosi zastrzeżenia co do prowadzenia postępowania; w drugim wnosi o wyłączenie sędziego.Ziobro powiedział w TVN24, iż z mediów dowiedział się, że "sprawę prowadzi ten sam sędzia Zbigniew Ducki, którego dotyczyła sprawa prowadzona w prokuraturze", kiedy był on ministrem. Ta sama sprawa dotyczyła także prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego i jego pełnomocnika Antoniego Oklejaka."Oczywiście o tej sprawie nie tylko wiedziałem, ale również w sprawie tego postępowania trafiały do mnie skargi, były podejmowane - w ramach Prokuratury Krajowej - określone działania, w związku z tym, zgodnie z polskim Kodeksem postępowania cywilnego, w takim wypadku zachodzą przesłanki do tego, aby pan sędzia się wyłączył" - powiedział Ziobro.Pełnomocnik dr. G., mec. Magdalena Bentkowska-Kiczor powiedziała dziennikarzom, że Ziobro "powoływał się na treść artykułu prasowego, który miał rzekomo opisywać relacje towarzyskie pana sędziego z prezydentem Majchrowskim".Według informacji PAP, chodzi o artykuł z "Gazety Polskiej" pt. "Jak się kręci w krakowskiej Familii", w którym przytaczane są słowa krakowskiego przedsiębiorcy Wacława Stechnija ze spółki Forte, od lat procesującego się z gminą Kraków o dzierżawę motelu Krak i obarczającego sędziego za niekorzystne dla siebie orzeczenia."Z informacji, jakie uzyskałem wynika, że były minister wskazuje, iż ingerował w sprawę, która toczy się w prokuraturze krakowskiej, a dotyczy jednej ze spraw cywilnych, którą prowadzi ten sam sędzia" - powiedział o treści wniosku rzecznik Sądu Okręgowego Waldemar Żurek."Można powiedzieć, że pan Ziobro obawia się, że sąd będzie stronniczy wobec niego, dlatego że jako minister ingerował w tok tamtych spraw" - stwierdził rzecznik.Żurek wyjaśnił, że chodzi o "sprawę znaną w Krakowie - motelu Krak i spółki Forte". "Sprawa ta toczy się od dłuższego czasu, została umorzona przez prokuraturę, ale w wyniku zażalenia sąd uchylił ją do ponownego rozpoznania. Padały tam zarzuty, że sąd procesował niewłaściwie - mogę tylko zdementować takie okoliczności. Bardzo często strony, które nie są zadowolone z wyroku, zgłaszają do prokuratury nieprawidłowości" - powiedział Żurek.Przed sądem pełnomocnicy dr G. wnosili o nieuwzględnienie wniosków Ziobry. Jak mówiła mec. Bentkowska-Kiczor, nie podano uzasadnionych dowodów istnienia między sędzią a stronami jakichkolwiek relacji wyłączających bezstronność."Naszym zdaniem, pismo procesowe pozwanego jest w swej treści dla sądu obraźliwe, ponieważ nie zawiera żadnych powodów, które by uzasadniały zarzut stronniczości" - stwierdziła. Złożenie wniosku bez rzetelnych dowodów nazwała "czynem nieetycznym". "Co prawda Zbigniew Ziobro powołał się na Konwencję Praw Człowieka, ale tylko mogę ubolewać, że człowiek, który podeptał prawa dr. G., teraz powołuje się na konwencję, którą sam naruszył" - dodała.Sąd pouczył Bentkowską-Kiczor, by unikała tego typu sformułowań i odroczył rozprawę do czasu rozpoznania wniosku o wyłączenie sędziego."Moim zdaniem, wniosek służy przewlekłości postępowania, ale prędzej czy później będzie musiał stanąć twarzą w twarz z panem G." - powiedziała po rozprawie pełnomocnik. "Jestem cierpliwy" - powiedział PAP Mirosław G.Ziobro, który nie stawił się na pierwszą rozprawę w grudniu ub. r., w piśmie przesłanym do sądu wnosił o odroczenie rozprawy z powodu nieobecności, przeniesienie sprawy do Sądu Okręgowego w Warszawie i zawieszenie postępowania do zakończenia sprawy karnej G. Sąd nie uwzględnił żadnego z wniosków.Kardiochirurg, oprócz 70 tys. zł zadośćuczynienia, domaga się opublikowania w "Dzienniku", "Gazecie Wyborczej", "Fakcie" i "Super Expressie" przeprosin o treści: "Zbigniew Ziobro przeprasza dr. Mirosława G. (w pozwie pełne nazwisko - PAP) za naruszenie wobec niego zasady domniemania niewinności poprzez wypowiedzenie pod jego adresem słów +nikogo już ten pan nie pozbawi życia+".G. zatrzymano w lutym 2007 r. w szpitalu MSWiA w Warszawie. Jest formalnie podejrzany o zabójstwo pacjenta, mobbing, znęcanie się nad osobą najbliższą; przedstawiono mu też 45 zarzutów korupcyjnych opiewających na kwotę ok. 50 tys. zł.Zatrzymanie lekarza było filmowane i pokazane potem w stacjach telewizyjnych, po emisji na wspólnej konferencji prasowej Ziobry i szefa CBA Mariusza Kamińskiego. Ich wypowiedzi wywołały potem publiczną dyskusję o "teatralizacji" czynności procesowych i wykorzystywaniu ich w propagandowych celach.G. w maju 2007 r. opuścił areszt, gdy Sąd Apelacyjny w Warszawie podtrzymał decyzję sądu I instancji, który wyznaczył kaucję w wysokości 350 tys. zł i zezwolił, by lekarz po jej wpłaceniu wyszedł na wolność. Sąd uznał bowiem, że mimo pięciu miesięcy śledztwa nie wykazano, by zachodziło "duże prawdopodobieństwo", iż G. umyślnie zabił pacjenta.
ZA RZĄDÓW PO CZEKAJĄ NAS SZALONE PODWYŻKI CEN ŻYWNOŚCI
Główny Urząd Statystyczny ogłosił pod koniec ubiegłego tygodnia, że ceny żywności wzrosły w stosunku do ubiegłego roku o 8 proc. To najwyższy wynik od kilku lat, pisze "Trybuna".
• Chiny podejmą środki aby zahamować wzrost cen żywności (25-01-08, 12:12)
• Żywność drożeje. Czy warto być "drugą Irlandią"? (07-01-08, 10:37)
• Droga żywność tuczy inflację (02-01-08, 20:36)
• Żywność drożeje coraz szybciej i podbija inflację (13-12-07, 21:01)
• Albo dopuścimy GMO, albo zdrożeje żywność (05-12-07, 03:00)
Wydatki na żywność stanowią w budżecie statystycznego Polaka 26 proc. Ale wielu milionom Polaków wydatki żywieniowe pochłaniają większość dochodów. W trudnej sytuacji znaleźli się np. emeryci i renciści. W marcu mają otrzymać waloryzację świadczeń o 6,5 proc. Prawie wszystko zje dotychczasowa inflacja, która dalej będzie rosła, alarmuje "Trybuna".
Według dr Krystyny Świetlik z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, tendencja wzrostu cen utrzyma się na pewno w ciągu pierwszych dwóch kwartałów. Skoro bowiem brakuje nam np. zbóż, to na przednówku ich nie przybędzie. Ich wysokie ceny przełożą się na droższe pieczywo, mąkę, makarony, czy kasze. Można się spodziewać, że będą rosły także ceny artykułów pochodzenia zwierzęcego. Na razie mięsa w Europie jest dużo, ale kiedyś ta nadwyżka się skończy. Podrożeją owoce, bo w zeszłym roku mieliśmy nieurodzaj. Ceny artykułów mleczarskich też się jeszcze nie ustabilizują, gdyż zimą następuje spadek produkcji mleka.
Zdaniem ekonomistki w drugiej połowie roku dynamika cen powinna być łagodniejsza. Ale pewności co do tego nie ma. - Mogą podrożeć produkty zwierzęce, a w mniejszym stopniu roślinne. Chociaż i w tym sektorze rynku możliwe są niespodzianki. Pojawiła się bowiem konkurencja w postaci producentów biopaliw. Niemcy ostrzą sobie zęby na nasz rzepak. W ub. roku był dosyć dobry urodzaj na to ziarno, w tym roku powinno być podobnie. Ale jak wzrośnie eksport, podaż na naszym rynku się zmniejszy, więc podrożeją tłuszcze roślinne. Jest też w świecie ogromne zapotrzebowanie na zboża, bo w Chinach spodziewają się niższego urodzaju. Rosja, gdzie rosną dochody ludności, może znacznie zwiększyć import mięsa z Polski. Efekt odblokowania naszego eksportu pojawi się za kilka miesięcy. Dla nas najważniejsza będzie podaż surowców rolniczych na krajowym rynku, mówi dr Świetlik.
Ministerstwo Sprawiedliwości chce znacząco podnieść pensje sędziów. Dla prokuratorów, których pensje do tej pory były identyczne, nie przewiduje się takich podwyżek, informuje "Rzeczpospolita". Min. Ćwiąkalski nie jest jednak jeszcze zdecydowany jak postąpić. Resort opracował dwa sprzeczne ze sobą projekty ustaw regulujących płace prokuratorów i sędziów. Tylko jeden z nich - o prokuraturze - został udostępniony na stronach internetowych ministerstwa. "Rzeczpospolita" dotarła do drugiego projektu - o sądach. Zakłada on, że zarobki sędziów i prokuratorów nie będą już ustalane na takich samych zasadach. To zaś oznacza, że prokuratorzy będą najgorzej opłacanymi prawnikami, twierdzi gazeta. Jeżeli pominie się prokuratorów przy podwyżkach, to trzeba się liczyć z masowymi odejściami z zawodu, zapowiada Grażyna Górka, szefowa Związku Zawodowego Prokuratorów i Pracowników Prokuratury. Zaś były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, twierdzi, że pomysły Ćwiąkalskiego, takie m.in. jak likwidacja dotychczasowej wieloszczeblowości prokuratury, to recepta na jej degradację.Minister sprawiedliwości przyznaje, że projekty są ze sobą sprzeczne. - Za zniesieniem zależności zarobków prokuratorskich i sędziowskich opowiadało się Ministerstwo Finansów, wyjaśnia Ćwiąkalski. Minister przyznaje, że dochodzą do niego głosy niezadowolenia środowiska prokuratorów. - Skłaniam się do rezygnacji z pomysłu oddzielenia zarobków sędziowskich i prokuratorskich, powiedział "Rzeczpospolitej" min. Ćwiąkalski. Niemcy ,Niemcy,,czyli propaganda sukcesu i wmawianie na siłę wyższości Wielkanocy nad Gwiazdką.Jakoś dziwnie osądzam te sondaże albo w moim otoczeniu są sami antyrudzi,ponieważ w codziennych dyskursach politycznych wyczuwa sie znużenie ciągłym ujadaniem na PiS i lekceważące traktowanie błaznów Platformy typu Palikot,Grad,Pitera,Niesiołowski,Nowak,Katarasińska!Nie wiem może sie mylę,ale pozycja Tuska jest wykreowana przez ciągłą nagonkę medialną nie polskich właścicieli tych mediów,a to oznacza ,że im bardzo zależy na miałkości i błazenadzie naszych rządzących!-
Czy Barbara Kmiecik przez stowarzyszenie, w którym działała Barbara Blida, nielegalnie finansowała SLD i SdRP? Jak dowiedziała się "Rzeczpospolita", informacje, które weryfikują prokuratorzy z Katowic, pochodzą od Ryszarda Z., byłego posła SLD i bliskiego współpracownika Barbary Kmiecik, śląskiej bizneswoman. Jest ona najważniejszym świadkiem w śledztwie dotyczącym korupcji w handlu węglem. Dzięki jej zeznaniom o branie łapówek oskarżono czterech byłych prezesów spółek węglowych.Marta Zawada-Dybek, rzeczniczka katowickiej prokuratury, potwierdza: "Śledztwo jest prowadzone w sprawie nielegalnego finansowania SLD i SdRP w latach 1994 - 2004. Nic więcej nie ujawniamy"."Rz" ustaliła, że prokuratorów interesuje m.in. lokalne Stowarzyszenie Członków Siemianowickich Spółdzielni Mieszkaniowych "Nasz Dom", które zakładała Kmiecik. Według gazety, stowarzyszenie - obok szlachetnych celów pomocy najuboższym mieszkańcom i firmom - miało też ambicje polityczne. Jego prezes Zbigniew Krupski z ramienia "Naszego Domu" startował np. w 2002 r. na radnego Siemianowic. Wspierała te cele cała wierchuszka śląskiego SLD: Barbara Blida, była minister budownictwa, Andrzej Szarawarski, śląski baron SLD, wtedy jeden z najważniejszych polityków lewicy, senator Krystyna Doktorowicz, a także Ryszard Z.Okazuje się też, że stowarzyszenie prowadziło poważną działalność lobbingową. Według prokuratury, prowadząc lobbing dla własnych interesów, Barbara Kmiecik powoływała się na znajomości z Blidą i Szarawarskim.
Działania Zbigniewa Ćwiąkalskiego to przedstawienie teatralne - tak prezydent Lech Kaczyński skomentował wypowiedź ministra sprawiedliwości o ewentualnej odpowiedzialności b. premiera Jarosława Kaczyńskiego za zagłuszanie telefonów protestujących pielęgniarek. "Ja myślę, że pan minister Ćwiąkalski jest osobą, która ma wielce oryginalne cechy i lepiej żeby był w palestrze, niż jako minister sprawiedliwości" - powiedział w sobotę w Wilnie dziennikarzom prezydent Lech Kaczyński."Ja już wspominałem o tym panu premierowi Tuskowi przed jego (Zbigniewa Ćwiąkalskiego - PAP) nominacją. Wszelkie działania pana ministra to jest albo przedstawienie teatralne, albo działania stanowiące znak, informację dla tych, którzy naruszają prawo, że złe czasy się skończyły" - dodał prezydent.W sobotę w radiu TOK FM minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski zapowiedział, że prokuratura zbada, dlaczego Polkomtel, operator sieci telefonii komórkowej Plus, wycofał skargę do Urzędu Komunikacji Elektronicznej w sprawie zagłuszarek uruchomionych przez rząd podczas czerwcowego protestu pielęgniarek.Minister odniósł się w ten sposób do sobotniego artykułu "Dziennika", który poinformował, że tysiące abonentów Plus GSM nie mogło rozmawiać przez komórki z powodu zagłuszania czterech pielęgniarek, które w czerwcu zeszłego roku protestowały w Kancelarii Premiera.Jak powiedział Ćwiąkalski, gdyby okazało się, że to urzędujący wówczas premier Jarosław Kaczyński wydał polecenie zagłuszania protestujących pielęgniarek, "można by rozpatrywać to jako przekroczenie uprawnień"."Na gruncie prawa karnego. Wtedy w grę wchodziłoby przestępstwo z art. 231 kodeksu karnego, czyli funkcjonariusz publiczny, który przekracza swoje uprawnienia i działa na szkodę dobra jednostki lub dobra społecznego, wtedy podlega karze" - podkreślił minister. Jak dodał, może to być nawet kara pozbawienia wolności."Ale nie chcę gdybać, ponieważ za chwilę ukaże się informacja, że ja przesądziłem czyjąś odpowiedzialność" - zaznaczył.Ćwiąkalski dopytywany później o tę sprawę w TVN24 podkreślił, że "czyni się z tego nadmierną sensację". "Ponieważ nigdzie nie powiedziałem, że to Jarosław Kaczyński będzie odpowiedzialny i że trafi do więzienia" - mówił minister. Dodał, że najpierw trzeba sprawdzić kto ostatecznie podjął taką decyzję, czy miał do tego prawo.Cwiakal wie co robi,z nim nie ma zartow,jest to cyniczny egzekutor planu zniszczenia PiS,nekania az do zmeczenia czolowych dzialaczy tej partii i kontrolowania poczynan rzadu Tuska. Osobnik ten o fizjonomi gangstera otrzymal ogromny zakres wladzy,tak daleki ze jest on poza zasiegiem Tuska.Nalezaloby zapytac premiera,jak to sie stalo,ze Cwiakal pojawil sie w jego rzadzie i dlaczego toleruje nieustanne nekanie przez niego dzialaczy PiS i jak sie ma to do Tuskowej zapowiedzi czasow zaufania i milosci. Tusk jesli nie chce byc tylko malowanym premierem musi doprowadzic do usuniecia z rzadu te indywiduum, grozne dla polskiej demokracji.
Niesiołowski zachowuje się jak cyklofrenik, wcale bym się nie zdziwił, że przyjmuje elektrowstrząsy a Ćwiąkalski, ze swoją znajomością prawa, wpadł mi w oko, z okazji taśm Bereger, gdy słyszałem w TV jego opinię, że Lipiński dopuścił się kodeksowego przestepstwa korupcji. Slyszałem też, iż publicznie, z niejakim Zollem, oskarżał swojego starszego kolegę akademickiego, iz ten współpracowal z SB. Nie wiem jak ten człowiek - przy takim braku powściągliwości - mógł skończyć prawo i obronić doktorat na UJ a obecnie być nauczycielem akademickim
Cwiakalski jest albo psychopata, albo rola jaka gra jest starannie przygotowana, ja stawiam na druga opcje, ten jego jazgot tak naprawde ma przykryc to co dzieje sie w prokuraturach i sadach , a wiemy ze dzieje sie bardzo zle, wczesniej czy pozniej Tuska za to zaplaci
„Wprost” dotarł do szczegółów pierwszej afery w koalicji PO-PSL. Chodzi o podejrzaną inwestycję posła platformy Mirona Sycza. Zamieszany w nią jest także inny parlamentarzysta, Adam Krzyśków (PSL). Na trop afery wpadła posłanka PO Lidia Staroń, która zgłosiła już wniosek o prześwietlenie całej sprawy przez NIK. Własne śledztwo zamierza przeprowadzić także pełnomocniczka rządu ds. walki z korupcją Julia Pitera. – Sycz psuje opinię całej platformy. Jeśli to wszystko jest prawdą, to powinien złożyć mandat – mówi Pitera. W podobnym tonie wypowiada się Staroń. – Jeśli moje informacje są potwierdzą, to Sycz powinien zostać usunięty z naszego klubu parlamentarnego – uważa. O co chodzi? Sprawa dotyczy Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Olsztynie, w którego władzach zasiadają obaj posłowie. Sycz jest członkiem rady nadzorczej, a Krzyśków prezesem. W czerwcu 2007 roku do Funduszu trafił wniosek o dofinansowanie budowy wiaty edukacyjnej. Złożyło go założone przez Sycza Środkowoeuropejskie Centrum Szkolenia Młodzieży. We władzach tego stowarzyszenia zasiada żona posła. Siedziba Centrum mieści się zaś w jego domu. Już w lipcu 2007 roku, a więc miesiąc po złożeniu wniosku, WFOŚiGW przyznał powiązanemu z posłem stowarzyszeniu 40 tys. złotych dotacji. Problem jednak w tym, że ziemia, na której miała powstać wiata, to prywatna działka posła. Centrum Szkolenia Młodzieży w momencie wnioskowania o dotację nie miało do niej żadnych praw. Także sama budowa była nielegalna, bo działka nie była budowlana i została odrolniona dopiero w grudniu 2007 roku, a więc długo po zakończeniu budowy i podpisaniu umowy z WFOŚiGW. – Jeszcze przed przyznaniem tej dotacji założyłem sobie, że w przyszłości przekażę na rzecz Centrum 2 ha ziemi – broni się poseł Miron Sycz.Sycz użyczył stowarzyszeniu działkę w listopadzie 2007 r. Czyli w momencie, gdy dotacja była już dawno przyznana a budowa wiaty miała się ku końcowi. Poza tym owo przekazanie to nie darowizna, a umowa nieodpłatnego użyczenia. Można ją rozwiązać z końcem każdego roku. Jedynym warunkiem jest trzymiesięczny termin wypowiedzenia. Wybudowana za państwowe pieniądze wiata w każdej chwili może więc przejść na własność Sycza. Adam Krzyśków, szef WFOŚiGW i poseł PSL, utrzymuje, że przyznanie dotacji odbyło się zgodnie z prawem. – Ale będziemy tę sprawę jeszcze wyjaśniać. Najważniejsze jednak, że wiata edukacyjna powstała – mówi „Wprost" Krzyśków.Po co Syczowi wiata? Według oficjalnej wersji, mają się pod nią odbywać szkolenia i zajęcia dla lokalnej społeczności. Nasi informatorzy w Górowie Iławeckim twierdzą jednak co innego. – Sycz mówił mi kiedyś, że latem chce tam zrobić dyskotekę. Grill, piwo, muzyka. Zawsze powtarzał, że w Górowie przydałaby się tancbuda – relacjonuje jeden z byłych współpracowników posła.
No cóż... Nie pierwsza a i z całą pewnością nie ostatnia. PO powstała przecież na osnowie "kongresu aferałów". To wyjątkowy zbiór wszelkiej maści lodziarzy. Nie dziwią więc takie kwiatki. Będzie ich cała wielka grządka a może i grzęda!
to jest afera, wcale nie pierwsza- tak działa cały układ olsztyńsko-regionalny. Struktury PO są przesiąknięte układami (wystarczy sprawdzić składy rad nadzorczych i zarządy miejskich spółek, sejmik...). Może w końcu ktoś to zmieni - inaczej ten region cofnie się w rozwoju jeszcze o 10 lat. Te dwie Panie są najwłaściwsze. Liczymy na nie i na odsunięcie od naszego regionu spadochroniarzy, których nie obchodzi dobro regionu, a opieranie się na układach.
A jak Sycz to może i Ryński? Moze ktoś wróci do czasów kiedy obaj układali to województwo. Trzy razy dziennie samochód jeździł na trasie Olsztyn - Górowo i nazad. Za wyjazdy "słuzbowe" do Kijowa(!) samochodem słuzbowym tez płacili podatnicy. Za przyzwoleniem Rynia. Itd., itd.. Sycz krył Rynia z jego piciem i panienkami a Ryniu pozwalał na wszystko Syczowi. Za gruba kasę. I wszyscy o tym wiedzą od dawna a PO się dziwi. I prokuratura też. I Pani Staroń nie pomoże. Nie pierwsza i nie ostatnia.... ... Spodziewany wysyp afer, przecież wszystkich nie uda się zaklajstrować. Część się zagłuszy, zamataczy, przykryje wydmuszką medialną. Szybko kręcą lody Platfusy z PO; bez żadnego wstydu.
Zdaniem socjologa prof. Zdzisława Krasnodębskiego, po 100 dniach działania rząd Donalda Tuska pokazał, że brakuje mu spójnej wizji Polski. Stąd - zdaniem socjologa - mała liczba projektów ustaw proponowanych przez Radę Ministrów i brak konsekwencji we wprowadzaniu zmian. Socjolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, oceniając 100 dni rządów ekipy Tuska powiedział, że dotychczas widoczną jego porażką jest brak konkretnych projektów legislacyjnych dotyczących problemów społecznych, które gnębią Polskę. Według Krasnodębskiego, wynika to z braku spójnej wizji Polski, "wyobrażenia, do czego powinniśmy zmierzać". - Dlatego te rządowe projekty są ulotne, wbrew zapowiedziom, często pozostają niezrealizowane - dodał. "Poparcie dla PO wynika z niechęci do PiS" - Nie wydaje mi się, żeby Tusk był premierem, który byłby w stanie zachęcić swoich ministrów do rozwiązywania konkretnych problemów, żeby ich cele były zharmonizowane i tworzyły jedną, wyrazistą całość - mówi socjolog. Według niego, największym sukcesem rządu i partii rządzącej jest utrzymywanie się wysokiego poparcia społecznego. Jak ocenił, to poparcie wynika z faktu, iż polityka gabinetu Tuska jest uprawiana "w sferze stylu". - Tu nastąpiła zmiana akceptowana przez społeczeństwo. Widzę tendencję członków rządu do unikania kwestii drażliwych, kontrowersyjnych tematów - podkreślił Krasnodębski. Tymczasem, jak dodał, styl nie jest najważniejszą rzeczą w polityce. - Myślę, że poparcie dla rządu i PO wynika z negatywnego nastawienia do PiS. W miarę jak będzie się zacierać obraz medialny tego, co stało się przez dwa lata (rządów PiS), to poparcie będzie słabnąć - uważa socjolog. Jako "częściowy sukces" rządu socjolog z UKSW określa odsunięcie fali protestów i niepokojów społecznych. - Nie usunięto jednak ich przyczyn. Wszystko zostało jedynie odsunięte w czasie - zwraca uwagę Krasnodębski. "Ministrowie nic nie dokonali" Zdaniem socjologa, żaden z ministrów rządu Tuska jeszcze niczego spektakularnego nie dokonał. - Cały czas są przedstawiane opinii publicznej pomysły, które nie są realizowane - zauważył. - Minister edukacji Katarzyna Hall mówiła o bonie edukacyjnym - to upadło. Mówiła o religii na maturze - potem zostało to odwołane. Podobnie minister zdrowia Ewa Kopacz miała przedstawić projekty konkretnych reform - a tak się nie stało - wymienia Krasnodębski. Ekspert niekorzystnie ocenia działalność ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego oraz pełnomocnika rządu ds. walki z korupcją Julii Pitery. - Porażką jest raport pani Pitery w sprawie CBA. Zapowiadano rozliczenie, pokazanie autorytarnych działań PiS. To był wielki balon, który teraz pęka. Minister Ćwiąkalski odkręca politykę poprzedniego rządu, bardziej restrykcyjną wobec przestępców. Wraca permisywizm - powiedział Krasnodębski. Plus za dobre wrażenie Za "kontrowersyjne" uznał propozycje rządu, żeby finansować z budżetu państwa szkoły prywatne i zapowiedzi wycofania się z finansowania Muzeum Historii Polski czy Muzeum Zachodniego. - Jeśli chodzi o politykę zagraniczną, za plus można uznać, że rząd został dobrze przyjęty przez inne kraje, ma dobrą prasę w zagranicznych mediach - powiedział Krasnodębski. Profesor określa politykę rządu wobec Niemiec i politykę historyczną jako "sfery, w których ustępujemy naszym zagranicznym partnerom".
Stołeczny ratusz ogłosił 10 nowych konkursów na kierownicze stanowiska. Nie cieszą się powodzeniem: zainteresowani zorientowali się, że po znów wygrają je zaufani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz (PO) Konkursy wygrywają już pracujący w ratuszu urzędnicy. Na zdjęciu: pierwsza konferencja Hanny Gronkiewicz-Waltz jako prezydenta Warszawy
- Moi znajomi i świetni fachowcy wycofują papiery z konkursów w ratuszu. Mówią zgodnie: nie ma co na to tracić czasu. Ja też już w żadnym nie wystartuję, mam dość tego cyrku - mówi nam jeden ze startujących w konkursie na stanowisko ds. promocyjnych w ratuszu.- Każdy nowy konkurs to powód do kpin. Nikt z nas nie traktuje ich poważnie. I tak wiadomo, że wygra "najlepszy", czyli zaufany pani prezydent - relacjonuje jedna z urzędniczek warszawskiego ratusza.Dwa tygodnie temu opisaliśmy, jak przepisując do warunków konkursów dane z CV zatrudnionych na tymczasowych stanowiskach urzędników, rozstrzygnięto konkursy na kluczowe stanowiska w gabinecie prezydenta i biurze promocji. Do jednego z nich zgłosiło się aż 18 chętnych, ale wygrała urzędująca p.o. dyrektorka.Tym razem konkursy ogłoszono na kierownicze stanowiska w biurach sportu, polityki społecznej, edukacji, drogownictwa i komunikacji, administracji i spraw obywatelskich, gabinecie prezydenta oraz urzędzie stanu cywilnego.Kadrowcy prezydent Warszawy zastosowali metodę sprawdzoną w poprzednich kilku konkursach na najważniejsze stanowiska: napisali kryteria tak, by spełniali je najlepiej już pracujący w ratuszu urzędnicy zatrudnieni dotąd tymczasowo na stanowiskach p.o. kierowników.Np. kandydat na zastępcę dyrektora biura sportu musiał mieć co najmniej czteroletnie doświadczenie w administracji samorządowej, minimum trzyletni staż na samodzielnym stanowisku dotyczącym "problematyki sportu w Warszawie", znać język angielski lub rosyjski.Dlaczego wpisano czteroletni i trzyletni staż i właśnie te języki? Odpowiedź dało rozstrzygnięcie: konkurs wygrał Zenon Dagiel kojarzony z LiD (warszawski koalicjant PO). Spełniał łącznie wszystkie ostre kryteria, dotąd pracował w biurze sportu jako p.o. wicedyrektora. - Teraz mam stałą umowę o pracę. I pensję wyższą o kilkaset złotych - cieszy się Dagiel.W konkursie na dyrektora wydziału drogownictwa wymagano już pięcioletniego stażu w administracji i kierowaniu dużymi zespołami pracowniczymi, znajomości języka angielskiego (poziomu nie określono), znajomości problemów ustroju Warszawy. Te kryteria spełnia Mieczysław Reksnis, dotychczasowy p.o. szefa dyrektora drogownictwa. Przeszedł wstępne sito. Jest murowanym faworytem.W konkursie na szefa wydziału organizacyjnego w gabinecie prezydenta kadrowcy warszawskiego ratusza niespodziewanie postawili bardzo ogólne wymagania. Od kandydatów zażądali ukończonych studiów z zarządzania, nie wymagali w ogóle znajomości języka obcego. Ale i tym razem wygrał "swój człowiek": Jerzy Dudek, dotychczasowy zaufany pracownik gabinetu prezydenta. Podobne dosyć ogólne wymagania postawiono też przez kandydatami na stanowisko wiceszefa biura polityki społecznej. Tu niezbędny był zaledwie dwuletni staż pracy w samorządzie lub służbie cywilnej oraz niesprecyzowane doświadczenie na stanowisku kierowniczym. Te kryteria spełnia Irena Chmiel, dotychczasowa p.o. wicedyrektorka biura opieki społecznej i skarbniczka SLD na Pradze-Północ.W konkursie nie pytano o przynależność partyjną. Ale tak się składa, że zgodnie z warszawską umową koalicyjną LiD dostał od PO prawo do zarządzania opieką społeczną. Irena Chmiel jako działaczka SLD i dotychczasowa urzędniczka jest murowaną faworytką.Gdy zapytaliśmy Irenę Chmiel, dlaczego stanęła pani do konkursu, powiedziała, że nie chciała już mieć literek p.o. przed swoim nazwiskiem.W reakcji na nasze publikacje pełnomocnik rządu ds. walki z korupcją Julia Pitera zażądała szczegółowych wyjasnień od Hanny Gronkiewicz-Waltz w tej sprawie. O nowe konkursy pytaliśmy rzecznika ratusza Tomasza Andryszczyka. Nie odpowiedział. Nie odbierał też naszych telefonów.
Teorię "niecności" tajnych służb wykładał funkcjonariuszom ABW toruński profesor Andrzej Zybertowicz. Wspomagał go wiceprezes Polskiego Radia Jerzy Targalski. Redakcja "Gazety" dostała materiały od jednego z uczestników seminarium dla funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego prowadzonego przez prof. Zybertowicza. Był on zatrudniony w ABW na umowę-zlecenie w czasach rządów PiS."Tajne służby to enklawa niecności - nauczał Zybertowicz. - Służby specjalne to instytucja, w której przestrzeganie zasad niecnych jest cnotą". A "niecnota powinna służyć ochronie zasad zacnych" - podkreślał. Rzymskie zacne, arabskie niecne Prof. Zybertowicz dzielił się ze słuchaczami dylematem: "Czy aby chronić naszą wolność i wizję dobrego życia, musimy posługiwać się metodami wrogów wolności i innych wartości demokratycznych?". Wyliczał, że takie metody to "skrytość, podstęp, manipulacja, dezinformacja i zdrada".Na to pytanie Zybertowicz odpowiada twierdząco: ponieważ "wrogowie [państw demokratycznych] w swoim postępowaniu nie ograniczają się do zasad dobrego społeczeństwa i działają w sposób tajny", więc "przeciw tajności bronią jest tajność" oraz "niecność".Żeby uściślić, co to jest "niecność", profesor stwierdza, że "na gruncie norm naszej kultury" można powiedzieć, że "zasady rzymskie są zacne", a "zasady arabskie są niecne".Do zasad i metod "niecnych" Zybertowicz zaliczył podejrzliwość i tajność. Jako typowe w działaniach służb wymienia: manipulację, dezintegrację, dezinformację, prowokowanie do zdrady, szantaż w zamian za współpracę, wreszcie "gromadzenie informacji tzw. wrażliwych, czyli haków na temat każdego".W konkluzji mówi o trudnej równowadze między "niecnymi" służbami a demokratycznym państwem i o tym, że "niecnota" może zainfekować demokratyczne otoczenie."Działania służb muszą być nieprzenikalne" i "nie muszą być zrozumiałe dla obywateli", a "dochody z funduszu operacyjnego nie muszą być wykazywane w zeznaniach podatkowych" - rozwija swoją teorię toruński naukowiec. Targalski: wykładowca, ekspert i prezes W zajęciach brał też udział Jerzy Targalski. Jako wykładowca - pod nazwiskiem Józef Darski - wygłosił referat "Służby specjalne w krajach postkomunistycznych". Jednocześnie był uczestnikiem zajęć jako słuchacz i członek "zespołu ekspertyz" przy szefie ABW. W tym samym czasie pełnił już funkcję wiceprezesa Polskiego Radia. Targalski jest wyznawcą teorii spisku służb specjalnych i twórcą pojęcia Ubekistanu (tak nazywa Polskę po 1989 r.). Uważa, że Polska opanowana jest przez agenturę czasem współpracujących, a czasem zwalczających się służb - wojskowych i cywilnych ściśle powiązanych z systemem komunistycznym. Dwa miesiące po objęciu funkcji wiceprezesa PR mówił w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej": "Tu trzeba wymienić całe środowisko. Dać możliwość robienia karier i zajmowania ważnych pozycji ludziom nowym, niezwiązanym ze służbami. Tak naprawdę, kto nie był agentem, oficerem, członkiem jego rodziny lub agenturze nie służył, nie mógł robić kariery w III RP, czyli Ubekistanie". O czystkach prowadzonych w Radiu przez Targalskiego "Gazeta" pisała wiele razy.Oprócz Zybertowicza i Targalskiego wykładowcami byli prawicowi naukowcy. Wśród nich Andrzej Nowak, naczelny pisma "Arcana", i Henryk Głębocki z IPN. Za wykład dostawali po 500 zł plus zwrot kosztów.O czym dokładnie Targalski mówił na zajęciach, nie wiemy. Czy w Radiu wiedzieli, że jego wiceszef pracuje w ABW? Tadeusz Fredro-Boniecki, rzecznik Radia: - Nie mam wiedzy na ten temat. Targalski nie chciał rozmawiać. Przez telefon powiedział tylko: "spotkamy się w sądzie". ABW nie komentuje - Twierdzenia z tych zajęć to mieszanina pseudonaukowego bełkotu z wizją służb rodem z powieści sensacyjnych. Kompletnie bezwartościowa - ocenia oficer ABW, który przekazał nam materiały z wykładu Zybertowicza.Rzeczniczka Agencji Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska nie chce komentować założeń Zybertowicza: - Służby kierują się zasadą legalizmu, działają na podstawie i w granicach prawa. Wszelkie czynności, również operacyjne, muszą być zgodne z prawem - mówi, przyznając, że w materiałach "są sugestie co do możliwości bezprawnego działania służb".Czy takie sugestie wprowadzano w życie? Koniecpolska-Wróblewska: - Zakładamy, że nie.Oficjalnie ABW potwierdza jedynie, że dwukrotnie w lipcu i sierpniu 2006 r. organizowano seminarium dla funkcjonariuszy i ekspertów Agencji prowadzone przez Zybertowicza. - Nie mamy materiałów z tych seminariów - mówi pani rzecznik. To nie pierwszy przykład aktywności Zybertowicza w ABW. Profesor (dziś doradca prezydenta RP ds. bezpieczeństwa) - ceniony przez PiS jako znawca "układu" i tajnych służb - przez dwa lata działał w Agencji, którą miał zreformować razem z zespołem czworga naukowców z Torunia. Postulowali m.in. reformę ABW poprzez "rozwibrowanie" i "teorię chaosu".
TRAGEDIA - KACZMAREK NA TOWARZYSTKICH KONSULTACJACH MSWIA – III RP POwraca
Były szef MSWiA Janusz Kaczmarek, w sprawie którego toczy się postępowanie prokuratorskie, jest konsultantem realizowanego przy zaangażowaniu rządowym projektu Polskiej Platformy Bezpieczeństwa Wewnętrznego i ma dostęp do informacji o najnowszych technologiach związanych z analizami kryminalnymi i działaniami operacyjnymi, informuje "Nasz Dziennik".Gazeta pisze, że w grudniu minionego roku w podpoznańskim Będlewie Kaczmarek spotkał się z wiceszefem MSWiA gen. Adamem Rapackim, komendantem głównym policji Tadeuszem Budzikiem, prokuratorami oraz przedstawicielami komend policji z Gdańska, Szczecina, Krakowa, Białegostoku i Poznania. Pretekstem była konferencja zorganizowana przez Polską Platformę Bezpieczeństwa Wewnętrznego - projekt mający na celu stworzenie informatycznych narzędzi wspomagających pracę policji, a koordynowany przez bliskiego współpracownika Kaczmarka, b. wiceministra spraw wewnętrznych Zbigniewa Raua.Kaczmarek, podejrzany o składanie fałszywych zeznań i utrudnianie śledztwa, został zaproszony w charakterze "konsultanta". Po oficjalnej części sympozjum - relacjonuje "Nasz Dziennik" - doszło do "towarzyskich konsultacji" utrzymanych w znacznie luźniejszej atmosferze."Udział pana Kaczmarka w tym spotkaniu jest moralnie co najmniej wątpliwy", komentuje na łamach gazety posłanka PiS Beata Kempa, wiceminister sprawiedliwości w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Sprawą zbulwersowany jest także Arkadiusz Mularczyk z PiS. Poseł podkreśla, że "jeżeli najwyżsi funkcjonariusze państwowi odpowiedzialni za bezpieczeństwo wewnętrzne w kraju spotykają się z osobą podejrzewaną o popełnienie poważnego przestępstwa, to taka okoliczność może być w sposób nieformalny brana pod uwagę przy ocenie poszczególnych spraw".
Obywatele i obywatelki! Wracamy do... ... kraju absurdu, gdzie wszyscy będziemy udawać, że śmierdząca szmata jest jedwabiem pachnącym lawendą, Made In Ireland. Przygotujcie się na więcej takich dostaw prosto pod nos, to dopiero początek
POWCY WYCINAJĄ LUDZI ZIOBRY KTÓRZY ZOSTANĄ WYCIĘCI- III RP POWRACA!
Reforma prokuratury może być okazją do pozbycia się ludzi Zbigniewa Ziobry. Jeśli nie dostaną się do mającej powstać Prokuratury Generalnej, zostaną przymusowo przeniesieni do okręgówek, bez gwarancji, że trafią do tych w miejscu zamieszkania, twierdzi "Życie Warszawy". Ci, którzy nie zechcą pracować w prokuraturach okręgowych, będą mogli przejść w stan spoczynku, ale pod warunkiem, że skończyli 50 lat lub mają 20-letni staż, a trzy ostatnie lata pracowali na stanowisku prokuratora Prokuratury Krajowej. Bliscy współpracownicy Ziobry na stan spoczynku się nie załapią. Są za młodzi, a w krajówce pracowali za krótko.Przygotowana przez resort reforma zakłada, że zniknie Prokuratura Krajowa i apelacje. Powstanie Prokuratura Generalna, a o tym, kto do niej trafi, zdecyduje prokurator generalny. Czym zajmą się zesłani do okręgówek? - Śledztwami i tym, czym zajmują się prokuratorzy. Zachowają obecne wynagrodzenie i status, mówi prof. Andrzej Zoll, szef zespołu, który opracował założenia reformy.Zdaniem posła PiS Arkadiusza Mularczyka, "Pod płaszczykiem odpolitycznienia prokuratury obecny minister sprawiedliwości chce ustawić na szczeblu decyzyjnym - czyli wprowadzić do nowo tworzonej Prokuratury Generalnej - swoich ludzi, a pozbyć się bliskich współpracowników ministra Ziobry".Zmiany popiera prof. Marian Filar, karnista, poseł LiD: - "Reforma jest po to, by prokuraturę odpolitycznić, a prokuratorów skierować do tego, czym powinni się zajmować, czyli do prowadzenia śledztw. Nie może być tak, jak jest obecnie, że połowa prokuratorów zamiast prowadzić postępowania, sprawuje nadzór - a tym przecież zajmują się obecnie ci, którzy pracują w Prokuraturze Krajowej i w prokuraturach apelacyjnych".
Według PiS, przez 100 dni działania Sejmu nie została uchwalona żadna znacząca ustawa. Posłowie PiS podkreślali w środę, że klub PO zgłosił w tym czasie jedynie 19 projektów ustaw, a PiS - 49. Posłowie PiS apelowali także podczas konferencji prasowej do marszałka Sejmu o wprowadzenie pod obrady projektów autorstwa ich klubu. Na wcześniejszej konferencji szef klubu PO Zbigniew Chlebowski przekonywał, że liczba zgłaszanych projektów ustaw nie będzie miarą pracy polskiego Sejmu, bo Platforma nie chce uczestniczyć w takiej "ilościowej" licytacji.Jednak według wiceszefowej klubu PiS Aleksandry Natalli-Świat, dorobek 100 dni Sejmu "wygląda niezbyt ciekawie". Przekonywała, że "nie chodzi o ilość, ale właśnie o jakość pracy - żadne znaczące ustawy nie tylko nie zostały przyjęte, ale nawet prace nad nimi nie zostały rozpoczęte, natomiast trwa festiwal powoływania kolejnych komisji śledczych".Sekretarz klubu PiS Krzysztof Tchórzewski podkreślał, że w ciągu 100 dni prac Sejmu PiS przedstawił 49 projektów ustaw.Poseł przyznał, że część z tych projektów zostało zgłoszonych do Sejmu ponownie, ze względu na zasadę dyskontynuacji. Powiedział, że niektóre z tych projektów "były przygotowane przez rząd Jarosława Kaczyńskiego, ale nie znalazły zrozumienia u następców", dlatego ze względu "na ciągłość programową", PiS zgłasza je ponownie.Tchórzewski tłumaczył, że niektóre z tych projektów są bardzo proste, jak np. projekt zmiany prawa budowlanego, w którym przewiduje się, że pozwolenie na budowę będzie obowiązywać nie dwa lata, jak obecnie, a cztery. Poseł tłumaczył, że wprowadzenie takiego zapisu postulują samorządy.Jako "bulwersujący" określił Tchórzewski fakt, że PO nie zgłasza ponownie projektów, które forsowała w minionej kadencji. Według niego, politycy PO "uznali, że te ustawy dzisiaj nie pasują już do programu Platformy, a przygotowywane były w celu utrudnienia pracy rządowi J. Kaczyńskiego"."Przyznanie, że te ustawy, gdyby się w tej chwili pojawiły, spowodowałyby zaśmiecenie pracy parlamentu, jest dla nas bardzo szokujące" - uważa Tchórzewski.Natalli-Świat z kolei oceniła, że PO jest bardzo samokrytyczna skoro uważa, że złożenie ponownie w Sejmie swoich projektów z poprzedniej kadencji "oznaczałoby zaśmiecanie procesu legislacyjnego".Wiceszef klubu PO Grzegorz Dolniak mówił na środowej konferencji prasowej, że Platforma nie chce zalewać Sejmu fragmentarycznymi, kilkuartykułowymi nowelami, "zaśmiecać procesu legislacyjnego", jak to robiła poprzednia koalicja.Dolniak ocenił też, że składanie przez posłów PiS w Sejmie projektów ustaw, przygotowanych jeszcze przez rząd J.Kaczyńskiego, "należy traktować w pewnym sensie jako plagiat".Natalli-Świat przekonywała, że na przykład "powtórzone" w tej kadencji przez PiS projekty dotyczące uproszczenia procesu inwestycyjnego nie "zaśmiecają procesu legislacyjnego" i powinny zostać uchwalone bardzo szybko."Nawet przewodniczący (Zbigniew) Chlebowski nie był w stanie wymienić żadnej znaczącej ustawy, która przez ten okres została przyjęta, bo przyjęcie budżetu to jest normalna procedura" - oceniła Natalli-Świat. Według niej, przez 100 dni pracy parlamentu nie została uchwalona żadna znacząca ustawa."Rząd tylko mówi o tym, że je przygotowuje, natomiast w dalszym ciągu ich nie widać" - oceniła posłanka. Z kolei, jak dodała, projekty zgłaszane przez opozycję leżą w szufladzie marszałka Sejmu."PO mówi, że zgłosiła 19 ustaw, nie zależy jej na ilości, ale 12 z nich zostało zgłoszonych 6-7 lutego, czyli rozumiem, że przed podsumowaniem (100 dni parlamentu) usiłowali poprawić nieco swoją ilość"